poniedziałek, 28 stycznia 2013

Coming soon

Źródło: www.ratewall.com
W tym tygodniu żyję w oderwaniu od codziennej rzeczywistości. Te przyjemne okoliczności przyrody są skutkiem wyjazdu na tygodniowy obóz treningowy. Codziennie w bólu, pocie i radości wraz z moimi przemiłymi towarzyszami, doskonalimy umiejętności z naszej ulubionej sztuki walki, jaką jest aikido kobayashi. Jest to piękna, ale i wymagająca sztuka walki pochodząca z Japonii. Tym samym wpadłam na pomysł, że po powrocie napiszę o przepisach na piękne włosy rodem z kraju kwitnącej wiśni. Zapraszam!

piątek, 25 stycznia 2013

Faceci na wysokich obcasach!


No i znowu daję ponieść się emocjom, zjeżdżając na wertepy „topicowego off-road’u”! J
Źródło: http://www.bbc.co.uk/news/magazine-21151350
Zastanawiałyście się kiedyś kto wynalazł szpilki? Ja nie. Jeśliby ktoś by mnie zapytał, to pewnie odpowiedziałabym, że z pewnością jest wytwór jakiegoś zmanierowanego acz wpływowego estety, dla którego kobiety dobrowolnie oddawały się  fizycznym katuszom, na granicy samookaleczenia. No i byłabym się kolosalnie pomyliła. Wysokie obcasy zostały wymyślone przez mężczyzn dla mężczyzn ze względów praktycznych! Ich prekursorami byli Persowie, którzy podwyższonych obcasów używali do zablokowania stopy w strzemieniu podczas szarży konnej.
Blokada umożliwiała im przyjęcie stabilnej pozycji podczas oddawania strzałów z łuków. Europejscy arystokraci natomiast przyjęli ten „gadżet” w swoim ubiorze na przełomie XVI i XVII wieku jako oznakę męskości J. Mało tego, europejscy panowie najbardziej cenili sobie obcasy czerwone, czego ukoronowaniem był edykt króla francuskiego Ludwika XIV, który ograniczył możliwość noszenia czerwonych obcasów do elitarnej grupy członków sądu. Splendor czerwonych obcasów wynikał z ekskluzywności barwnika oraz z kojarzenia czerwieni z walką.
Moda na wysokie obcasy przeminęła całkowicie w połowie XVIII wieku ze względu na rozpowszechnienie się idei pragmatyzmu. Szpilki jednak zaczęły wracać do łask w połowie XIX wieku wraz z rozpowszechnieniem… zdjęć pornograficznych przedstawiających nagie kobiety na wysokich obcasach. To od tego czasu przyjęło się uważać że, wysokie obcasy dodają kobiecie uroku i zmysłowości.
Jeśli zainteresował Was ten temat, to gorąco polecam cały artykuł dostępny w serwisie BBC.
Jak myślicie – jaka będzie dalsza ewolucja szpilek? Jaką rolę spełniać będą jeszcze w dziejach ludzkości? J

Pozdrawiam!

środa, 23 stycznia 2013

DIY - jak Kleopatra


W jednym z wcześniejszych postów (tutaj) wspominałam, że Kleopatra osiągnęła mistrzostwo w kultywowanej przez siebie sztuce upiększania – kosmetyce. Napisałam (w ślad za różnymi źródłami), że Kleopatra opracowała bodaj pierwszy w historii, podręcznik kosmetyki. Od tego czasu zdarzyło mi się go kilkakrotnie tropić – niestety bez powodzenia. Do dzisiaj. Dzisiaj się dowiedziałam, że on… przepadł… Wszelkie receptury i legendy jej przypisywane i z nią związane (jak np. ta, że sama przygotowała miksturę dla samego Juliusza Cezara na… łysienie) są znane jedynie z późniejszych podań i tym samym obarczone pewnym ryzykiem zniekształcenia.  Nie dajcie się tak więc łatwo zwieźć marketingowym hasłom promującym różne produkty i zabiegi imieniem Kleopatry – to może być zwykłe naciąganie. Niemniej…. Jeśli miałybyście kiedyś ochotę mieć wrażenie, że jesteście legendarną władczynią starożytnego Egiptu, to cały wachlarz receptur  pielęgnacyjnych do samodzielnego wykonania znajdziecie tutaj: http://theartofbeingfeminine.blogspot.com/2010/07/cleopatras-beauty-secrets-natural.html  W razie problemów językowych, w miarę swoich możliwości, służę pomocą. Autorka bloga przytacza przepisy na specyfiki o działaniu oczyszczającym, nawilżającym oraz rozjaśniającym skórę twarzy i całego ciała, kąpiel namiętności J, olejek wzmacniający energię seksualną, maski nawilżające do włosów czy płukankę zapewniającą.. świeży oddech. Miłej lektury i stosowania życzę!

wtorek, 22 stycznia 2013

Złoto faraonów - spóźnione entrée


Zdarzyło się wczoraj, że w porywie entuzjazmu, zapomniałam się i nie przedstawiłam Wam czarnuszki egipskiej w sposób kompletny i wyczerpujący. Mea culpa, przepraszam. Jednak mam nadzieję, że zdołałam Was tym specyfikiem zainteresować, bo na zainteresowanie zasługuje, o  czym wiedziały ikony piękna starożytności – Nefretete i  Kleopatra.  


Źródło: Wikipedia - http://pl.wikipedia.org/wiki/Czarnuszka_siewna 
Swoje właściwości zdrowotne olej zawdzięcza dużej ilości nienasyconych kwasów tłuszczowych (ok  80%!),  witaminie E, olejkom eterycznym. Ma charakterystyczny smak i aromat, barwę od miodowej do ciemnej, brunatnej.

Według niektórych źródeł królowa Egiptu używała oleju z czarnuszki ze względu na silne właściwości regeneracyjne  - zastosowany bezpośrednio na skórę olej wygładza istniejące zmarszczki i przeciwdziała powstawaniu nowych. Rekomendowany jest dla osób często zażywających kąpieli słonecznych i korzystających z solarium. Wygładza rozstępy. Stosowany na skalp i włosy, wzmacnia cebulki włosowe, przeciwdziała ich wypadaniu.  Także zastosowany wewnętrznie (zalecana dawka: 2 łyżeczki dziennie) poprawia stan skóry, włosów i paznokci.

Nie tylko Kleopatra doceniała właściwości oleju z tego ziółka… Pod jego urokiem miał być też Tutenchamon, który, zgodnie z legendą, kazał nosić zawsze fiolkę oleju z czarnuszki ze sobą na złagodzenie bólu. Butelkę oleju znaleziono nawet w jego grobowcu.  Nie ma w tym jednak nic nadzwyczajnego, bowiem Egipcjanie przygotowując „wyprawkę” dla zmarłych często wkładali olej z czarnuszki wierząc, że złagodzi on ewentualne dolegliwości w życiu po śmierci (stąd określenie „złoto faraonów”). I nie tylko czczący Słońce Egipcjanie doceniali właściwości lecznicze oleju z czarnuszki – specyfik wspominany jest także w Biblii.  
Na koniec dodam, że czarnuszka rośnie nie tylko w Egipcie; występuje także w południowej Europie i Azji, ale to właśnie nasiona czarnuszki egipskiej (Nigella sativa), z których toczony jest olej, mają najsilniejsze właściwości zdrowotne.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Na fali entuzjazmu! Olej z czarnuszki

Po krótkim pobycie w zimnych i ciemnych strefach podbiegunowych, wracam do gorącego Egiptu. Na fali entuzjazmu! J A oto i przyczyna: 
Olej z czarnuszki egipskiej (Nigella sativa), zwany złotem faraonów jest moją osobistą perełką. Można go stosować zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie. Dzięki zawartości olejków eterycznych jest zalecany do spożywania przez astmatyków, a ponadto jest naturalnym antybiotykiem, poprawia przemianę materii, ma właściwości przeciwgrzybiczne, działa rozkurczająco na mięśnie gładkie, żółciopędnie, moczopędnie, wiatropędnie. Czarnuszka należy do nielicznej grupy roślin mających zastosowanie w terapii chorób autoimmunologicznych, np. toczeń, łuszczyca, reumatyzm, alergie. Ma właściwości antyrakowe. Zastosowany zewnętrznie wspomaga leczenia łuszczycy, trądziku, atopowego zapalenia skóry, wyprysków i egzemy. Krąży o nim legenda, że leczy wszystko oprócz śmierci.
Po raz pierwszy zetknęłam się z tym olejem przy okazji zakupu oleju „Nigelle” produkowanego dla i dystrybuowanego przez l’Orient. Recenzję napiszę innym razem, napomknę tylko, że olej z czarnuszki zaintrygował mnie wtedy na tyle mocno, że postanowiłam go potestować w czystej postaci, bez domieszek.
 Próbowałam różnych producentów, olejki różniły się między sobą intensywnością smaku i zapachu (niektóre otwierają płuca żywym ogniem! ( ]:-D ) Aktualnie natomiast używam oleju z Natuwitu, który jest relatywnie delikatny w smaku. Stosuję go głównie wewnętrznie, gdyż jest stosunkowo drogi (ok. 75 zł za 250 ml).
 
Przyszedł jednak taki dzień, że moje włosy zażądały wytrawnej kolacji. Zamiast więc tradycyjnego oleju kokosowego, zaserwowałam im mieszankę oliwy z oliwek i oleju z czarnuszki (odpowiednio 2:1 łyżki), po czym udałam na się na spoczynek. Rano standardowo umyłam włosy delikatnym szamponem i nałożyłam odżywkę (do spłukiwania, przy czym nie zastosowałam żadnej płukanki). Jedyne co się zmieniło w zestawie to olej. Efekt? Miękkie, lśniące, odżywione, rewelacyjnie nawilżone włosy. Najbardziej jednak zdumiał mnie fakt, że po  duecie oliwa z oliwek + olej z czarnuszki włosy niesamowicie długo utrzymują świeżość (trzy dni, przy czym normalnie myję włosy co drugi dzień). Zabieg powtarzałam, dokładnie z tym samym zestawem i z tym samym skutkiem. Dodam, że sama oliwa z oliwek nie przyniosła takich efektów. Nie wiem z czego to wynika, ale cieszę się odkryciem i dzielę się nim z Wami J
 
PS Wszystkie oleje, które nakładam na włosy najpierw ogrzewam w kąpieli wodnej. Jestem istotą, która przy okazji pielęgnacji uwielbia ciepło we wszystkich możliwych wariantach. Poza tym ogrzane oleje wydają się lepiej wnikać do wnętrza włosa.
A Wy macie jakieś doświadczenia z tym olejem? Przyniósł podobny skutek?

sobota, 19 stycznia 2013

Nochu po nochu!

Ten post jest trochę na przekór nieśmiałej tendencji w blogosferze; chociaż coraz częściej włosofilki upatrują oznaków wiosny i ocieplenia, ja kieruję swój kompas na daleką północ! Dzisiaj będzie o Eskimosach!

W zasadzie to nie powinnam ich określać w ten sposób. Dla nas, mieszkanców stref wszystkich poza podbiegunowymi, określenie "Eskimos" wydaje się być poprawnym i sympatycznym określeniem rdzennej grupy ludności zamieszkującej strefy podbiegunowe Ameryki Północnej, części Grenlandii i Syberii. Jednak już przy powierzchownym zbadaniu tematu, okazuje się, że ci egzotyczni ludzie, wiecznie opatuleni w futra i skóry, odbierają je za obraźliwe. Powód nie jest błahy - w języku Abenaki słowo "eskimos" oznacza "zjadacza surowego mięsa". Jeśli więc któraś z Was będzie miała okazję zapuścić się w te dalekie strony, znacznie roztropniej będzie określać ich jako Inuitów (Kanada, Grenladnia) lub Inupiaków / Yupiaków (Alaska, Syberia).
 
Niestety nie znałazłam (jak na razie) zbyt wielu materiałów nt. pielęgnacji włosów przez przedstawicielki płci pięknej, mieszkających w tych niezwykle surowych warunkach. Wszystkie zasady pielęgnacji włosów, które my przyjmujemy za niezawodne, tu biorą w łeb. Nie ma surowych owoców i warzyw, nie ma ciepłej wody, nie ma zróżnicowanej diety. Jest dieta mięsno-rybna, bogata w tłuszcze i białka oraz siarczysty mróz. Nie ma pryszniców, są za to muk'ee - łaźnie parowe. Dwuizbowy niski budynek zbudowany z pniaków drewna, składający sie z przebieralni i łaźni, gdzie poniżej poziomu podłogi znajdowało się palenisko (piec), które polewa się wodą w celu wytworzenia pary. Bardzo dużej ilości bardzo gorącej pary; temperatury bywają tam zawrotne, jednak poczucie oczyszczenia podobno jest nieporównywalne do tego spod prysznica :)
 
Oczywiście współcznieśnie większość "Eskimosów" mieszka w "cywilizowanych" warunkach i przytaczane zwyczaje, tj. stosowanie uryny jako środka oczyszczającego, w tym szamponu do włosów (!) to już przeszłość, ale... popatrzcie na zdjęcia niżej. Stan włosów tych kobiet pobudza do myślenia, prawda? :)
 
 
 
 

piątek, 18 stycznia 2013

Koktajl waniliowy z siemieniem lnianym zamiast gluta!


Dzisiaj trasa moich wojaży ku pięknu zahaczyła o przystań „Rossmann”.  Przystań z zewnątrz niepozorna, wewnątrz skrywa niemało skarbów. Zupełnie przypadkiem znalazłam tam mały klejnocik. Tak mały, że ma tylko 66 kalorie, ale to jest akurat mało istotne w tym przypadku. Znaczenie ma natomiast to, że ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ma on skład, którym żadna włosomaniaczka nie pogardzi! A chciałam sobie kupić po prostu coś z błonnikiem…


Skład: len mielony odtłuszczony (48,9%), fruktoza (26%), błonnik pszeniczny (17,4%), izolat białka sojowego (4,4%), aromaty, witaminy: C, niacyna, E, kwas pantotenowy, B2, B6, B1, folacyna, biotyna, B12
Sposób przygotowania jest banalnie prosty: zawartość torebki zalać szklanką gorącej wody lub mleka, zamieszać, odczekać do ostygnięcia. 
 
Koktajl występuje też w dwóch innych odmianach smakowych: truskawkowym i jabłko z cynamonem.

Moje wrażenia są bardzo pozytywne: mikstura jest treściwa (jest w niej mnóstwo drobinek zmielonego lnu), ale nie ma konsystencji śluzu. Ma bardzo przyjemny zapach i delikatny smak. Ów delikatny smak jest ewentualnym minusem – dla mnie jest za delikatny. Jest to jeden z moich kulinarnych bzików - uwielbiam wanilię w mocniejszych akcentach.  Wielkim plusem jest natomiast to, że koktajl, w odróżnieniu od wszystkich produktów instant, nie wywołał u mnie perturbacji żołądkowych, a nawet przyniósł pożądany skutek (potrzebowałam błonnika).

PS Wg informacji producenta na stronie http://www.herbapol.com.pl/pl/nasze-produkty/produkt/60 - koktajl jest dostępny (tylko?) w drogeriach Rossmann.

Ciekawa jestem czy już wiecie o tej małej rewelacji czy ja po prostu taka ślepa byłam?